Tesla ograniczy możliwość ładowania

Od lat jednym ze znaków rozpoznawczych marki Tesla jest zarządzana przez tego producenta sieć ładowarek do elektryków. Te jak łatwo się domyślić są mocno oblegane przez posiadaczy samochodów amerykańskiej marki. Z tego powodu korzystanie z tak zwanych Superchargerów ma zostać ograniczone, a raczej objęte dodatkowymi opłatami. W ten sposób Tesla chce zwiększyć wydolność swojej sieci ładowarek.

Tesla — posiadacz jednej z największych sieci ładowania na świecie

Marka Tesla to prawdziwy pionier elektrycznej motoryzacji, który zrobił wiele w celu zwiększenia jej popularności. Jedną z takich rzeczy było stworzenie własnej sieci ładowania po to, by korzystanie z aut marki było wygodne, a także jak najtańsze. Wedle podawanych przez amerykańską markę informacji na całym świecie znajduje się ponad 50 tysięcy stacji ładowania Tesla Supercharger. To czyni ją jedną z największych na świecie.

Mające pozwalać na wygodę ładowarki mają jednak ograniczoną przepustowość. Szczególnie w Stanach, gdzie auta Tesli to jedne z najczęściej spotykanych elektryków. Z tego powodu kierowcy coraz częściej zaczynają mieć problemy ze znalezieniem punktu ładowania, z którego mogą skorzystać. Problem ten dotyczy głównie Stanów Zjednoczonych.

Najnowsze raporty mówią o tym, że w USA obecnie znajdują się 1 974 punkty, na których zamontowano łącznie 21 852 ładowarki do elektryków. Liczby te potrafią robić wrażenie, lecz trzeba pamiętać, że sprzedaż aut Tesli liczona jest w dziesiątkach tysięcy miesięcznie każdego roku. Dotyczy to szczególnie trwającego teraz w roku 2023, w którym tylko w jednym miesiącu na amerykańskie ulice wyjechało mniej niż 50 tysięcy nowych Tesli.

Chcesz naładować do pełna? Zapłacisz więcej!

Rozwiązaniem na problemy z kolejkami do ładowarek Tesla Supercharger mają być dodatkowe opłaty. Nie dotyczą one wszystkich kierowców. Więcej zapłacą tylko ci, którzy przekraczają 90% naładowania akumulatora w swoim aucie. Od momentu, w którym stan baterii osiągnie taką wartość, każda minuta przy ładowarce ma kosztować aż dolara więcej.

W ten sposób Tesla chce zachęcić kierowców do szybszego odłączania swoich aut. Taki ruch może mieć wiele zalet dla marki. Po pierwsze zwiększone wpływy z kierowców ładujących samochód zawsze do 100% naładowania baterii. Zakładając jednak hipotetyczną sytuację, w której wszyscy kierowcy będą unikać dodatkowych opłat, zyska na tym renoma marki. W przypadku ciągłego użytkowania elektryków zaleca się ładowanie ich gdy stan baterii osiągnie 15-20%, a odłączanie w momencie maksymalnie 80-85%. Takie korzystanie z akumulatorów litowo-jonowych ma pozwolić na zmaksymalizowanie żywotności. Skutkiem ubocznym wyższych opłat za ładowanie może być więc mniejsza awaryjność amerykańskich elektryków.

Czas uspokoić kierowców z różnych stron świata. Po pierwsze cennik i ładowarki nie będą bezlitosne. Dodatkowy dolar za minutę zacznie naliczać się dopiero 5 minut po naładowaniu baterii do 90%. Dzięki temu nie trzeba koczować przy aucie, gdy tylko stan naładowania akumulatora zbliży się do tej liczbie. Ponadto Tesla na ten moment planuje wprowadzenie tych zmian jedynie na terenie Stanów Zjednoczonych.

Ograniczenie ładowania 90% – przyszłość, czy pozbawienie wolności?

Łatwo się domyślić, że takie ruchy mogą spotkać się szybko z opiniami mówiącymi o tym, że to ograniczanie wolności kierowców. W końcu trudno wyobrazić sobie sytuację, w której na stacji benzynowej można uzupełnić bak tylko do 90% pojemności. Faktycznie decyzja Tesli może zostać uznana za kontrowersyjną. Istnieją jednak argumenty, które nadają jej sens.

Ograniczenie ładowania elektryków do 90% pojemności baterii pozwoli przede wszystkim zmniejszyć kolejki do ładowarek. Ponadto różnica w zasięgu pomiędzy 90 a 100% naładowania nie jest tak gigantyczna, by kierowcy odczuli ją w trakcie podróży. Takie ograniczenie może też przyczynić się do wydłużenia życia elektryków i będących ich sercem baterii litowo-jonowych. O tym, czy faktycznie będzie to dobra decyzja przekonamy się na kilka miesięcy po jej wprowadzeniu.